Jacek Antczak .info

NOTE: To use the advanced features of this site you need javascript turned on.

Start arrow Reporterka arrow Recenzje Reporterki arrow Mózg Hanny Krall
Mózg Hanny Krall Drukuj Poleć znajomemu
20.01.2008.

W sobotę, 28 kwietnia 2007, szliśmy ulicą Kurfürstendamm w Berlinie, kiedy żona powiedziała: – Popatrz, Krall! – Gdzie?– Wszędzie! Rzeczywiście. Ze wszystkich kiosków z pierwszej strony „Die Welt” spoglądała na nas królowa reportażu, kiedyś pierwsza dama „Polityki”, dziś – jak zapewnia gazeta niemiecka – pisarka wszechświatowa.

Żeby zrozumieć pisarkę, warto czytać nie tylko to, co napisała, ale i to, co powiedziała.

W tym celu zapoznałem się z książką Jacka Antczaka „Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall” (swoisty collage z wywiadów z pisarką, patrz „Polityka” 12). Pierwszym po Holocauście doświadczeniem naszego pokolenia były Poznań i Październik – wtedy byliśmy studentami, wtedy zdawaliśmy egzamin dojrzałości. „Poznań był dla mnie przełomem” – wspomina Krall. I dodaje: „Odtąd już byłam dorosłą dziennikarką”. Kiedy w 1956 r. Krall jako praktykantka „Życia Warszawy” jechała do Poznania, ja wracałem pociągiem z Leningradu do Warszawy, po pierwszym roku studiów, zostawiając Związek Radziecki na zawsze. Na pewno nie byłem jeszcze wtedy dorosłym dziennikarzem – nie zostałem nim nigdy.

Dostrzegam zbieżności naszego losu, jak gdyby mówiła nie tylko o sobie, ale o naszym pokoleniu: „– Należała pani do Związku Młodzieży Polskiej. Czy ten okres ma dla pani jakieś znaczenie? – Nie. Nie mam temperamentu działacza. Nie pełniłam żadnych funkcji, byłam jedną z wielu, ale wierzyłam w to, co mi obiecywano. Nie miałam prawdziwego, rodzinnego domu. Byłam w domu dziecka. Kiedy ma się za sobą prawdziwyświat i prawdziwy dom, ma się również wiedzę o tym, co było, co jest i co to wszystko znaczy. Ja byłam pozbawiona tego zaplecza. Sama musiałam dowiadywać się tego, co inni wiedzieli skądinąd. Jestem dobrym przykładem, dlaczego »realny socjalizm« zbudowano na ludziach, którzy utracili świat, wykorzenionych przez wojnę i powojenną migrację. Byli to głównie chłopi, którzy przeszli ze wsi do miasta, niektórzy Żydzi, repatrianci, zbuntowana młodzież… To była najwspanialsza klientela nowego ustroju: ludzie pozbawieni świata”.

To prawda: nie mając rodziców, nie mając ich grobów, nie mając nawet fotografii, nawet jeśli dom dziecka czy krewni stwarzali nam rodzinę zastępczą, pozostawaliśmy duchowo, myślowo, uczuciowo bezdomni. Chcieliśmy się czegoś trzymać.

Z „Polityki” wyszło dwoje największych polskich reporterów: Krall i Kapuściński. Hania odkrywała człowieka – Rysiek odkrywał świat. Dla niej świat to człowiek – dla niego świat to ludzie. Dla niej istnieje liczba pojedyncza, dla niego – liczba mnoga. Zapytana, co stanowi warunek dobrego reportażu, odpowiada: słuch i ciekawość świata. Zagadnięta – czyż nie jest też potrzebny rozum?– odpowiada: naturalnie, „ale mózg jest według mnie bardzo przereklamowanym organem”.

Mózg Krallównej przereklamowany nie jest. Robi zeń dobry użytek. Podkreśla swoją skromną rolę (nazywa się „protokolantką”), ale otacza się właściwymi ludźmi (kiedy nie wie, co myśleć, dzwoni do Edelmana, kiedy nie wiedziała, co robić – dzwoniła do Kapuścińskiego, rozmawiała z Kołakowskim, a z ks. Bonieckim jest w stałej łączności duchowej). Dziś to wszystko łże-elita, ale wczoraj to był salon. Choć należy do tych, którzy odeszli z redakcji w stanie wojennym, mówi, że „Polityka” odegrała w tamtym okresie ważną rolę, „w znacznej mierze przygotowała pokolenie Solidarności”. W stanie wojennym miała nieoficjalne spotkanie autorskie, z udziałem około 40 osób, w prywatnym mieszkaniu: „Spytałam, kto czytał »Politykę«, wszyscy podnieśli ręce”. Jej organizm – mówi – „nie wytwarza oburzenia”. W czasach oburzających można jej tylko pozazdrościć.

Spojrzenie Krall jest ciepłe, ale przenikliwe do bólu, morderczo sympatyczne. Jeszcze kiedy oboje pracowaliśmy w „Polityce” i nie miała takiej pozycji jak dzisiaj, myślałem, że nie chciałbym być bohaterem jej reportażu, nawet pozytywnym. Rozkłada człowieka na czynniki pierwsze, zagląda w najbardziej tajemne zakątki duszy, grzebie w duchowym prosektorium...

Pisze o sprawach ostatecznych, smutnych, zastrzega się, że radość nie jest jej specjalnością, a jednak czasami dopuszcza do głosu znakomite poczucie humoru, ciepłe, autoironiczne, trochę jak Agnieszka Holland w filmie „Europa. Europa”. Poznała w Świdrze małżeństwo po osiemdziesiątce. Pani Miecia lubiła opowiadać. „Po sylwestrze została w Świdrze sama – mąż wrócił do Warszawy, do biura. Po kilku dniach zatelefonowała zaprzyjaźniona kelnerka z Fregaty: »Pani tam spokojnie siedzi, a mąż co wieczór przychodzi z inną panią«”. Pojechała do Warszawy i zadzwoniła do męża: „Czekam we Fregacie”. Nastąpiły kosztowne przeprosiny i „»Piękny srebrny lis od Apfelbauma, najlepszego kuśnierza w Warszawie«. »Od Chowańczaka« – sprostował jej mąż. Upierała się: »Od Apfelbauma«. »Mieciu – powiedział jej mąż – Apfelbauma już nie było«. »A, prawda« – zgodziła się. Zrozumiałam wtedy, że te romanse, te zdrady, te sanie – to wszystko działo się podczas II wojny światowej. Parę miesięcy później pani Miecia umarła. Jej mąż zaprosił mnie do domu. Chciał mi dać pamiątkę po żonie. Podszedł do szafy, a ja wiedziałam, co stanie się za chwilę. Tak czasami bywa – mój organizm czuje zbliżającą się pointę... Mąż pani Mieci wyjął z szafy narzutkę ze srebrnych lisów... Dziękuję – powiedziałam – ale wolałabym coś od Apfelbauma – pożegnałam się i szybko wyszłam, w strachu, że za chwilę wyjaśni się, iż lisy były kupione w Domach Towarowych Centrum i że pan Waldek popsuje mi pointę”.

Jedno, co nie daje mi spokoju, to wybór tematu żydowskiego. Choć, jak podkreśla, „pisze o ludziach, a nie o Żydach”, to jej ludzie są Żydami, tak jak James Baldwin pisze o ludziach, ale tak się składa, że zarówno on sam jak i jego bohaterowie są czarni. W przypadku Baldwina nie widziałem w tym niczego niestosownego, a jedną jego książkę wręcz przetłumaczyłem. Być może dlatego, że nie jestem Murzynem. W samym pisaniu o czasach Zagłady widzę natomiast coś obrazoburczego. Po Zagładzie nie mogę ani pisać, ani czytać o Żydach (dla Krall robię wyjątek). Rozumiem, że Stryjkowski, Grynberg, Adolf Rudnicki, Hanna Krall – każdy ma prawo. Zagłada powinna mieć swoich kronikarzy, swojego Herodota, ale dla mnie Żyd to nie jest jeszcze jeden człowiek, o którym można pisać, tak jak Konwicki pisze o Polakach, a Böll o Niemcach. W samym fakcie nakręcenia „Listy Schindlera” widzę profanację i dlatego na ten film nie poszedłem. Zagłady na sztukę przerobić się nie da.

Zagłada jest święta. Nawet sztuka na jej kanwie jest profanacją. Zagłada nie mieści się w pojęciu „przerabiania życia na sztukę”, bo Zagłada nie jest życiem.

Daniel Passent, Polityka - nr 19 (2603) z dnia 12-05-2007; s. 107

Prawa autorskie © S.P. Polityka. Artykuł pochodzi z archiwum internetowego www.polityka.pl

Zmieniony ( 21.01.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »