Jacek Antczak .info

NOTE: To use the advanced features of this site you need javascript turned on.

Start arrow O Jacku arrow Wywiady z Jackiem arrow Życie na kilometrach
Wywiad #2: Życie na kilometrach Drukuj Poleć znajomemu
20.12.2007.

Z Jackiem Antczakiem rozmawia Patrycja Gowieńczyk.

W Radwanicach najlepiej idą romanse, a we Wrocławiu... reportaże?
- Nie wiem jak idą we Wrocławiu, ale wiem, którymi ścieżkami włóczą się po całym Dolnym Śląsku. Jako reporter chodzę czasem głównym traktem, ale na tych deptakach spotykam takie historie, na które "mam nadzieję" nikt dotąd nie trafił, lub nie wpadł na to, że to musi być zapisane. Albo zachodzę do takich domów i kamienic, gdzie skrywali się ze swoim życiem, zwykli, czyli niesamowici ludzie, bohaterowie reportaży. Często jednak jest tak, że moje reportaże "idą", a właściwie "biegną" zaciekawione do wyjątkowo rzadko odwiedzanych zakamarków i uliczek w małych miejscowościach, w wioskach, gdzie, czasem, natykają się na ludzi z ich miłościami, pasjami, fascynującymi losami, dziejącymi się tu i teraz, albo kiedyś, tam, bardzo daleko stąd. Niedawno pisząc reportaż o estakadzie, zabawnym, zapomnianym miejscu w samym centrum Wrocławia ("Trzęsienie ziemi przy ulicy Przyjemności") wszedłem do peep showu. Okazało się, że natknąłem się na człowieka, z którym rozmawiałem 12 lat wcześniej, bodaj w drugim dniu mojej pracy w dziennikarstwie. Wtedy opisywałem sensację - założenie pierwszej peep show na Dolnym Śląsku. I teraz, kiedy się spotykaliśmy, jakiś kilometr dalej, okazało się, że to znów jedyny taki lokal w obrębie 300 kilometrów. Tylko dziewczyny pan Andrzej zatrudnił nowe...

Idziesz, więc przez miasto, przez Dolny Śląsk i sam wybierasz tematy, obiekty zainteresowania reportażysty.
Mam szczęście, bo najpierw po odwaleniu obowiązków redakcyjnych, a potem w ramach tychże obowiązków, szefowie pozwalali mi pisać o tych "obiektach", których napotkałem, o tym, co mnie zainteresowało. A moja książka jest o Dolnym Śląsku, bo nie jestem przecież korespondentem wojennym, ani zagranicznym. Nie lubię też pisać o kryminałach, a opisywanie afer jest nudne, bo więcej tam cyfr, niż ludzi. Zapewniam jednak, że w określeniu pisanie reportaży o Dolnoślązakach, mieści się tak wiele afer uczuciowych, kryminałów, polityki i wszystkiego, na co składa się życie, że tematów wystarczyłoby naprawdę dla wielu reporterów na wiele lat.

Zwykłe życie zwykłych ludzi interesuje cię najbardziej?
j_antczak_radwanice_f1.jpg Co to znaczy zwykłe życie? Odwrotnie, to niezwykłe historie opowiadane przez niezwykłych ludzi. Kiedy reporterowi naprawdę uda się dotrzeć do swoich bohaterów, otworzyć ich, nie być niecierpliwym, nie sprowadzać ich do "materiału", autentycznie zainteresować się tym, co mają w sobie, wtedy okaże się, że prawie każdy ma do opowiedzenia ciekawą historię, albo zna kogoś, o kim po prostu będę musiał napisać. Tak, "musiał", ponieważ reporter "musi" tego chcieć, musi być ciekawy, inaczej, rzeczywiście powie, że to wszystko "takie zwykłe" i nie zapisze tego, co powinien.
Poza tym nie skazywałbym reportaży na lokalność. Weźmy pierwszy tekst ("zielinskii brzmi w trzcinie) o naukowcu, który jeździ po świecie i odkrywa nowe gatunki chrząszczy, a jednego z nich nazywa na część słynnego koszykarza. Co to ma wspólnego z Dolnym Śląskiem? Że naukowca znalazłem w maleńkim gabineciku na tutejszym uniwersytecie? Że koszykarz z Wrocławia? Albo historia wielkiej awantury o nazwę "michałki" ("Słodki przedmiot pożądania"). One powstały w Świebodzicach, ale rozgryzając ten reportaż znajdziesz Wawel z Krakowa, Solidarność z Lublina i... czekoladę z Brazylii, która dociera tu via Holandia.

Bardzo wiele bohaterów mojej książki ma historie, że tak się brzydko wyrażę "ogólnopolskie", czy "międzynarodowe", co oznacza "uniwersalne". Bo pisząc o Wrocławiu, albo o całym Dolnym Śląsku, siłą rzeczy skazujemy się na kosmopolityczność. Jest niby o wrocławianach, ale nagle znajdujemy się 11 września 2001 w Nowym Jorku, albo w 1943 na Syberii, albo nie wychodząc z willi w Przesiece jesteśmy w Niemczech w roku 1915, czy w Kurdystanie w 1980. Ten region, ludzie, którzy tu żyją, sprzyjają wyjściu z lokalności.

A konstrukcja tekstów w książce? Czy one różnią się od wersji, które ukazywały się w gazetach? Czy były poprawiane, redagowane?
Oczywiście, zanim trafiły do książki troszkę je poprawiałem, ale nie naruszałem zasadniczej części ich konstrukcji. Oddają atmosferę chwili i czasu, w którym powstawały. Przy niektórych tekstach umieściłem jednak post scriptum, z krótkim kilkozdaniowym "dalszym ciągiem". Choć są wyjątki. Pisząc tekst o michałkach, nie wyobrażałem sobie by nie zobaczyć i nie dowiedzieć się jak powstają te cukierki. W fabryce "Śnieżka" powiedzieli, że jeszcze tak dociekliwego i ciekawskiego reportera nie widzieli i choć nie miałem badań z sanepidu, postawiłem na swoim i poznałem cykl robienia michałków - od transportowania orzechów z Brazylii, do owijania cukierków w papierek. Ten opis zawarłem w reportażu, ale redaktor wydania, w którym mój reportaż miał się znaleźć stwierdził "Jacek, ale z tym produkcyjniakiem to przesadziłeś, skróćmy go, bo tekst się na stronie nie mieści". I tak już wywalczyłem sporo, wiec z ciężkim sercem zgodziłem się na skróty, ale w książce mój jedyny w życiu, za to słodki produkcyjniak, powrócił. Ale dzięki temu teraz Patrycjo, wiesz jak powstają oryginalne michałki, które w roku sześćdzisiątymktórymś wymyśliła Janina Miodek, krewna słynnego profesora Miodka.
Inny przykład - pisałem tekst o pewnym domu i jego współczesnych, polskich oraz niemieckich właścicielach sprzed wojny. Przez miesiąc próbowałem się skontaktować byłą właścicielką mieszkającą za granicą.

Ale gazeta nie mogła już czekać. Reportaż poszedł, a po miesiącu nagle dostaję list z odpowiedzią od tej kobiety. Dopiero dopełniony reportaż zasługiwał na zamieszczenie go w książce.

Nie korciło Cię, żeby do którejś z historii wrócić, rozszerzyć ją, albo nawet przebudować raz jeszcze cały reportaż?
Oczywiście, że korciło i korci cały czas. Tylko jak znaleźć na to czas? Choć wiem, że w wielu przypadkach jeszcze nic straconego. Jednak naprawdę chciałem, aby ten zbiór był są subiektywną, reporterską historią zdarzeń i miejsc, zapisem, osadzonym w czasie.
A głosy, że czytelnicy odczuwają niedosyt, bardzo mnie cieszą, bo w gazecie zawsze słyszę, że to długie teksty.

Przez tych ładnych parę lat napisałeś więcej, niż znalazło się w "W Radwanicach" Musiałeś zastosować selekcję. Wedle jakiego klucza to robiłeś?
Najłatwiej by było wybrać najlepsze reportaże, ale nie chciałem by to był taki zbiór. Książka miała być na tyle, na ile to możliwe, spójna pod względem narracji, konstrukcji, tematów. Chciałem, by czytelnik zauważył, że nie tylko pojedyncze teksty, ale całość opowiada, mu jakąś historię. O nim, o jego przyjaciołach, znajomych, o społeczności, w której żyje, o losach Dolnego Śląska, o tym, jacy jesteśmy - my młodzi, starzy, my w średnim wieku. Jacy jesteśmy - my z lewicy i z prawicy, my z komuny i my nowocześni, my znudzeni, zatroskani, ambitni, szczęśliwi i połamani. Jakie mamy wyobrażenie o świecie, jak go widzimy i siebie nawzajem. Mam nadzieję, że udało się to osiągnąć, choćby w części. W zbiorze jest kilka tekstów, do których nie jestem przekonany. Choć tak naprawdę nie jestem do końca przekonany do żadnego. Chyba każdy mógłby być lepszy.

Rozmawiamy ciągle o reportażu, reportażystach, reporterskiej pasji - A przecież niektórzy mówią, że reportaż się już skończył?
Taką opinię już słyszałem na początku swojej pracy. To twierdzą chyba nazbyt nowocześni redaktorzy. Myślę, że teraz można mówić wręcz o powrocie do reportażu, o jego nowych możliwościach. Ale ty współpracujesz z Laboratorium Reportażu, więc wiesz najlepiej, że reportaż to multimedialna forma przyszłości, która ma przepiękną przeszłość i wspaniałych mistrzów.

Skoro jesteśmy przy możliwościach, jakie daje reportaż, to co powiesz o autentyczności bohaterów? Nie tak dawno  w USA  było głośno o aferach z fikcyjnymi bohaterami reportaży?
j_antczak_radwanice_f2.jpg Moi są wszyscy autentyczni, mówię pod przysięgą! Kiedy chodziłem po ulicy Świdnickiej i zbierałem materiał na reportaż ("Przy Stalingradzkiej, za barem Solorza) rozmawiałem, żeby nie przesadzić, pewnie z dwustoma osobami. Oczywiście, potem w tekście nie znalazło się ze 180. Ale w jednym miejscu się pomyliłem i przypisałem wypowiedź nie temu, komu trzeba. I gdy tekst ukazał się w gazecie, ten człowiek zadzwonił i zwrócił mi uwagę, że to nie tak, że on mówił coś innego. Ludzie są wrażliwi, a autentyczni bohaterowie zawsze reagują. Paradoksalnie zdarza się, że pretensje mają ci, o których pisze się pozytywnie. W książce już ten Pan mówi to, co rzeczywiście mówił mi na Świdnickiej.



Piszesz już ładnych parę lat, właśnie wydałeś książkę, a jeszcze nie rozmawialiśmy o tym, jak to się stało, że reportaż cię uwiódł?
On mnie uwodzi cały czas, to jest chyba miłość nieuleczalna. A poza uczuciami. były studia na kulturoznawstwie, pisanie do studenckich gazet, ale również... poezja. Konkretniej śpiewana, miałem zespół poetycki, z którym zjechałem całą Polskę i który nazwał się Wolny Wybór.

Jednak ostatecznie wybrałem dziennikarstwo. Dokładnie było tak, że w czerwcu 1993 zadzwonił kolega. też Jacek, i powiedział "słuchaj, w Wyborczej jest miejsce dla ciebie". W drugim dniu pracy napisałem troszeczkę reporterski portret kowala-artysty, który zrobił klucze do bram Wrocławia. Dostałem nagrodę tygodnia, a kawałek ukazał się w magazynie Wyborczej, Tak się zaczęło, ten kowal, Ryszard Mazur, otworzył mi swoim kluczem drzwi do reportażu. Upraszczając - nie zaczynałem od dziur w ulicy, tylko od razu pasowałem się na "reportera". I chyba tak już zostanie, bo pierwsza miłość jest zawsze najważniejsza.

A po "Wyborczej"...
...pracowałem trochę we wrocławskiej telewizji, byłem reporterem radia Kolor. W 1996 roku trafiłem do redakcji "Słowa Polskiego". Tam z reportażem związałem na poważnie. Pamiętam jeden z pierwszych tekstów w "Słowie". Dostałem zadanie by opisać autostradę  bez konkretów, poza tym, że "to ma być Jacek być fajny tekst". Z Wrocławia do Zgorzelca i z powrotem jechaliśmy z fotoreporterem chyba 12 godzin, bo zatrzymywałem się, co kilometr. W każdym barze, zajeździe, na każdej stacji benzynowej. Rozmawialiśmy z kierowcami, handlarzami, z dziewczynami marznącymi przy drodze i patrolującym autostradę policjantami. Powstał z tego tekst pt. "Życie na kilometrach". O, przypomniałaś mi, że przecież to było prawie 10 lat temu. Ciekawe, jak to teraz wygląda. Warto byłoby to skonfrontować, jak dzisiaj wygląda życie na kilometrach, jak idzie moim bohaterom, to już przecież europejska autostrada.
Rok później pojechałem w inną stronę - napisałem reportaż o powodzi z Kłodzka. Za tekst "W ciągu godziny przekreślone życie" dostałem dwie nagrody i pojawiły się przychylne głosów o tym, co piszę. Wtedy chyba utwierdziłem się w tym, że reportaż to jest to, czym lubię i chcę się zajmować. Bo kiedy jadzie na reportaż zapomina się o wszystkim, zapisuje się to, co się widzi, słyszy, czuje. Nic, poza moimi bohaterami, wtedy się nie liczy. A pozostając w redakcji się niczego nie wysiedzi. Tam nie ma życia - tam jest redakcja.

Czy zawsze tak świetnie się pisze, jak zbiera się materiały?
j_antczak_radwanice_f3.jpg "Zbieranie materiałów" uwielbiam, ale pisanie to męka, szukanie klucza, sposobów ujęcia historii - to jest bardzo trudne, żmudne i wyczerpujące niezależnie o tematu, którym się zajmuję. Czasem są dni, kiedy nic nie da się napisać, żadnego zdanie, słowo do siebie pasują, nie oddają tego co zobaczyłem i chciałbym przekazać czytelnikom. Reportażu nie da się szybko napisać. W godzinkę może powstać niezły news. Najgorsze (a może najlepsze?) jest to, że ja z żadnego tekstu nie jestem do końca zadowolony. Do dziś. Mam chyba zresztą z pisaniem dwa kłopoty. Jedna to rytm praca w dzienniku chyba nigdy tak naprawdę nie miałem czasu, by do końca zebrać materiały i napisać reportaż. Poganianie, żeby oddać tekst zaczyna się, zanim jeszcze zdążę dotrzeć na miejsce... Martwię się też czasami, że właściwie jestem trochę dziennikarskim samoukiem. Wiem, że każdy powinien mieć swój styl i słuchać, lecz nie naśladować, ale czasem marzy mi się rozmowa - o konkretnym już tekście - z mistrzami reportażu, których w Polsce nie brakuje. I nie mówię już nawet o arcymistrzach  Hannie Krall, czy Ryszardzie Kapuścińskim.

Książka już jest, pracujesz dalej w gazecie, ale co dalej? Drugi zbiór reportaży?
Wszyscy tak mi mówią: "to teraz czas na drugi krok". Cieszą się z książki, ale nie myślę o następnych, chcę napisać po prostu jakiś dobry reportaż, bo wiem, że wiele tematów na mnie czeka.

Zmieniony ( 15.01.2008. )